Agnieszka Trafas

Lubię wracaćtam, gdzie odpoczywam

 

O życiu po pięćdziesiątce, szukaniu inspiracji, prowadzeniu własnego biznesu i o tym, co daje równowagę i harmonię w życiu rozmawiamy z Agnieszką Trafas, właścicielką Shuum Boutique Wellness Hotel w Kołobrzegu.

Może Pani dokończyć zdanie: Mam na imię Agnieszka i.…?

Mam na imię Agnieszka. W tym roku skończyłam pięćdziesiąt lat, a od dwudziestu prowadzę hotel w Kołobrzegu, który dziś istnieje pod nazwą Shuum. Jestem mamą i żoną.

Zaskoczyła mnie Pani.

Tym, że powiedziałam, ile mam lat?

Tak, kobiety zazwyczaj nie chwalą się swoją metryką. Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Kasia Kowalska – to dzisiejsze pięćdziesięciolatki. Jak Pani się czuje będącw tym samym wieku?

Bardzo dobrze. Mam świadomość, że kolejne 20 lat to okres, który może mi dać dużo radości w życiu. Oczywiście, jeśli będę o siebie dbać, to jako siedemdziesięciolatka zobaczę, jaka perspektywa jest dalej. Wyznaję zasadę, że trzeba się cieszyć tym, co jest i czerpać z tego okresu, w którym żyjemy. Każda dekada ma swoje cienie i blaski. Dziś jestem swobodna, bo jedno i drugie dziecko wyfrunęło z domu na studia. Choć z drugiej strony tęsknię za nimi.

Ale nie jest Pani matką-kwoką?

Absolutnie. Nigdy nie byłam kwoką i domową matką Polką, która ochrania dzieci. Stworzyliśmy z mężem fajny dom i nasze dzieciaki wyrosły na samodzielnych i odważnych ludzi. Mamy partnerski związek. To nie było tak, że macierzyństwo było tylko moją rolą i moim zadaniem. Mam nawet wrażenie, że mąż więcej czasu poświęcał rodzinie i dzieciom, niż ja. Dzielimy się obowiązkami i wspieramy i to jest też klucz do sukcesu. Mogłam złapać oddech, nie byłam aż taka zagoniona domem i firmą. Mąż z wykształcenia jest marketingowcem, więc obserwuje i podpowiada mi pewne rzeczy zawodowo. A jako rodzice spełniliśmy swoje role, dając dzieciom możliwość wyboru. Wierzymy, że zadaniem rodziców jest wspierać i dać dzieciom dobre wykształcenie.

Narodziny syna miały wpływ na Pani życie zawodowe?

Owszem. Studiowałam we Frakfurcie nad Odrą na Uniwersytecie Europejskim Viadrina. Skończyłam ekonomię i tuż po urodzinach pierwszego dziecka rozpoczęłam pracę w fabryce autokarów w Poznaniu. Dawałam wsparcie całemu działowi księgowości. Część osób była z Polski, szefostwo z Niemiec.

Fajna praca?

Tak, ale gdy urodził się syn, to mieszkanie w tak dużym mieście nie do końca było tym, czego bym chciała. No i stosunek pracy to też nie mój świat.

Ale o hotelarstwie i turystyce też Pani nie myślała. Jak to się stało, że trafiła Pani do tej branży i wróciła do Kołobrzegu?

Los zdecydował. Może miałabym inne podejście, gdybym nie miała perspektywy rodzinnej firmy i możliwości rozwoju, jakie taki kapitał daje. Moi rodzice prowadzili działalność deweloperską w Kołobrzegu i mieli dużo gości z branży hotelowej. To był początek lat dwutysięcznych, gdy trzeba było postawić drugą nogę w biznesie. I iść w turystykę. W pewnym momencie tata z mamą kupili ten obiekt, w którym dziś jest Shuum.

Z myślą o spokoju i odpoczynku?

Absolutnie! Rodzice byli przekonani, że będziemy kontynuować zielone szkoły itd. Ale szybko zmienili zdanie.

To zacznijmy od początku. Rodzice kupili stary obiekt i co było dalej? Pamięta Pani ten dzień, gdy pojawiła się w nim po raz pierwszy?

Gdy tam wkroczyliśmy i zobaczyliśmy to co zobaczyliśmy, to stwierdziliśmy, że nie ma co remontować. Trzeba zbudować od nowa. I wtedy postanowiliśmy, że zbudujemy pierwszy hotel w Kołobrzegu z basenem. To była idee fix, bo basen gwarantował obłożenie. To był magnes, który przyciągał gości. Nastawialiśmy się na klienta kuracyjnego i rehabilitację. Mogę powiedzieć, że uczyłam się biznesu w akcji. Doradzali mi ludzie życzliwi moim rodzicom, którzy pracowali w innych obiektach. Natomiast ja znałam zwyczaje niemieckich turystów. Pomagała mi znajomość języka. Szybko nawiązywałam relacje, rozwiązywałam problemy, niedomówienia i potknięcia. Ale strzałem w dziesiątkę okazały się ankiety, które pomogły nam rozpoznawać potrzeby gości. Dzięki nim dowiedzieliśmy się, czego im brakuje.

I poszło?

Tak, po drodze były jakieś korekty techniczne, ale hotel działał prężnie. Potem na świecie pojawiła się córka i zaczęliśmy z rodziną dużo podróżować. Motorem większości wyjazdów był mój mąż, który widział, że jestem zmęczona pracą. Ale jeździliśmy do takich miejsc, gdzie można byłocoś podejrzeć.

Krótko mówiąc, nawet na urlopie myślała Pani o pracy?

Byłam do tego stopnia skoncentrowana na tej branży, że wejście do każdego hotelu kończyło się mierzeniem ścian miarką, albo oglądaniem jak są pościelone łóżka. W pewnym momencie mój mąż powiedział: „Dość, wsiadamy do kampera, żebyś mogła odpocząć".

Dziś też sprawdza Pani wszystko, będąc w jakimś hotelu?

Już mi przeszło, nie jestem tak wnikliwa. Wiem, że nie wszystko musi być doskonałe. I ja też mam świadomość, że nigdy nie zadowolę wszystkich gości w stu procentach. Jeżdżąc po świecie, zaczęłam się zastanawiać nad tym, czego oczekuję od wypoczynku. I uległam pewnej metamorfozie. A to, że dzieci urosły sprawiło, że zaczęłam szukać spokoju.

Co się przyczyniło do tej zmiany myślenia?

Inspiracją jest i była Austria. Austriacy świetnie łączą naturę, która ich otacza, z tym co się wykorzystuje na co dzień: kamień, filc, drewno. Otoczenie tych elementów architektury powodowało, że lepiej wypoczywałam i potrafiłam się odprężyć. Przełomem dla mnie było spotkanie z dr Franzem Linzerem z Austrii w 2009 roku. To, co usłyszałam na jego wykładzie o uważności na potrzeby klienta, zmieniło wszystko. Franz mówił o poświęceniu uwagi gościowi hotelowemu i stworzeniu komfortowej przestrzeni. To mi utkwiło w pamięci tak mocno, że wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek będę zmieniać hotel, to będę to robić z Franzem. I w 2014 roku zaprosiłam go do współpracy.

To był odważny krok. Po co zmieniać coś, co działa dobrze i przynosi zysk?

Nie za bardzo satysfakcjonowała mnie obsługa klienta kuracyjnego. To leciało według schematu, a ja nie jestem dziewczyną nastawioną na pracę powtarzalną, tylko raczej na zadymy.

W końcu to Pani powiedziała!

(śmiech) Lubię zmiany, te przebudowy, rozbudowy. Zmiana profilu usług bez wątpienia była czymś, co mnie napędzało. Lubię kreować różne rzeczy, a jak już je wykreuję, to idę dalej. Nie umiem tkwić w schemacie i codziennie wykonywać te same powtarzalne zajęcia. Ciągle szukam nowości.

Shuum to Pani i ludzie, którzy w nim pracują. Można Was określić jednym zdaniem?

To zbiór pomysłów i osób. Zawsze starałam się zapraszać na pokład ludzi, którzy mnie rozwijali i coś wnosili do tej branży. To ludzie, którzy są lepszymi ekspertami ode mnie. Ja nigdy nie będę mieć takiej wiedzy jak szef gastronomii, czy dyrektor marketingu. I mam tego świadomość. Bez ludzi nie da się osiągnąć sukcesu. Firma to orkiestra. Dyrygentka jest jedna, ale ona nie istnieje bez zespołu.

Patrzy Pani ludziom na ręce?

Nie i nie bywam często w firmie, bo ludzie wiedzą, co mają robić. Mam nawet wrażenie, że jak mnie nie ma, to lepiej pracują. Shuum jest takim dzieckiem, które dorosło i sobie radzi w życiu.

Rozumiem, że teraz szuka Pani dla siebie nowego zajęcia?

Powoli przejmuję przedsięwzięcia, które prowadzili moi rodzice, mój tata. W związku z tym naturalne jest, że mniej czasu mogę poświęcić swojej firmie. Potrzebuję czasu na uporządkowanie pewnych spraw. Żeby pójść do przodu, muszę nadrobić pewne zaległości i zastanowić się, co chcę robić dalej. No i znaleźć przestrzeń na kolejną aktywność. Chciałabym podszlifować mój angielski, zacząć uczyć się włoskiego, hiszpańskiego. Tak jak wspomniałam, dzieci wyfrunęły z gniazda i chciałabym się rozwijać. Szukam inspiracji na drugą pięćdziesiątkę.

Jest Pani perfekcjonistką?

Chyba tak. Chciałabym nad tym popracować, bo ciężko się z tym żyje i jest się upierdliwą dla otoczenia.

Umie Pani sobie odpuszczać?

Próbuję, ale ciężko mi to wychodzi. Nie mogę odpuścić utrzymania porządku, a z drugiej strony – szybko potrafię zrobić bałagan. Myślę, że wszystko musi być doskonałe, a z drugiej strony wiem, że wcale takie nie musi być. Mam nadzieję, że kiedyś będę umiała lepiej ustawiać priorytety.

Co jest dla Pani ważne?

Rodzina, przyjaciele, relacje. To, jakimi ludźmi się otaczam, jest dla mnie ważne. Czasu jest coraz mniej, wszyscy jesteśmy zabiegani, bardziej zajęci. Mam wrażenie, że funkcjonowanie dzisiaj jest trudniejsze, niż było dziesięć czy dwadzieścia lat temu. A może to tak jest, że człowiek więcej rzeczy rozumie z upływem czasu? Ma więcej doświadczeńi widzi więcej?

Ważne refleksje.

Czasami myślę, że mogłam mniej pracować i więcej czasu spędzać z dzieciakami, gdy były małe. Ale nie wiem, czy wtedy byłabym spełniona?

Nie mówi Pani, że pracowała dla dzieci, dla rodziny... Kobiety często tak tłumaczą brak czasu dla bliskich.

Skłamałabym, gdybym tak powiedziała. Ja to robiłam dla swojej satysfakcji i spełnienia. Lubię ludzi, z którymi pracuję. To dobry mikroświat, który sama stworzyłam.

Tych mikroświatów może być więcej. Shuum to jeden, a gdzie jest kolejny?

Pod Kołobrzegiem, w otoczeniu wiejskim. Też w ciszy i spokoju, bardzo sobie to cenię. Mój dom jest bazą i odskocznią od hałasu, zgiełku, który czasami też jest mi potrzebny, ale lubię wracać tam, gdzie byłam.

Skoro rozmawiamy u uważności i własnych potrzebach,to co jest na Pani liście rzeczy ulubionych?

Czekolada, sport. Bardzo lubię grać w tenisa, choć ostatnio nie mam czasu. Lubię czytać i.… bardzo chciałabym się sprawdzić jako ogrodniczka. Mam szklarnię, której od trzech lat nie mogę zagospodarować.

Ale pewnie prędzej czy później ją Pani zagospodaruje? Gdy Pani słucham, mam wrażenie, że rozmawiam z kobietą, która zawsze dociera do wyznaczonego celu i jest otwarta na to, co przynosi los. Mylę się?

Nie, inspiruje mnie energia, która pochodzi od innych ludzi. Jednocześnie słucham swojego wewnętrznego głosu, intuicji. W procesie edukacji nam się te instynkty podcina. Nie mówię o podejmowaniu decyzji pod wpływem emocji, ale o tym, że warto słuchać siebie i czasem iść pod prąd.

Poszła Pani pod prąd, gdy złożyła mandat radnej miasta w Kołobrzegu.

To nie było to. Mam w sobie duszę społecznika i chciałam działać na rzecz innych, ale praca w Radzie Miasta mnie rozczarowała. Lubię działać i widzieć efekty, a nie tylko o tym rozmawiać, dlatego zrezygnowałam z mandatu. Poza tym sprawy rodzinne wymagały mojej większej uwagi. Chciałam być w zgodzie ze sobą.

W końcu lubi Pani zadymy!

(śmiech) Taka już jestem!

 

Prestiż  
Styczeń 2024